🤓 Fun fact: Heuscheuer- tak wołano na ten szczyt podczas okupacji niemieckiej, co oznaczało "stodołę na siano"- jeśli się spojrzy pod dobrym kątem, to skały faktycznie przypominają stogi siana.

🤓 Pochodzenie nazwy: Szczeliniec- ogromna szachownica szczelin, gdzie czasem nawet i brzuch trzeba wciągać lub odbyć demo ścieżki zdrowia na kolanach. A Wielki, dlatego żeby odróżnić go od stojącego obok szczytu, który jest nieco niższy.

🤓 Lokalna legedna: Mówią, że na Szczelińcu kiedyś mieszkał diabeł zakochany w księżniczce Emilce. Noc w noc taszczył kamienie, żeby zbudować dla niej zamek, ale nie zdążył przed pianiem koguta (koniec nocy oznaczał koniec jego „magii”, a start normalnego życia człowieka). Kolejnej nocy nie wrócił- zamek był za duży, praca za trudna, a moc nocna ograniczona. Zamek nigdy nie powstał, a Emilka zniknęła.😔

Podobno do dziś w skałach można trafić na „Fotel Pradziada”, „Głowę Cukru”, „Małpoluda”, kamiennego kota czy grzyby skalne- wszystkie to podobno ślady diabelskiej roboty. Wchodząc między szczeliny, łatwo poczuć, że gdzieś tu wciąż unosi się odrobina magii.

 

 

Przy początkowych szczytach korony gór pozwolę sobie na brak statystyk, ponieważ czasy przejścia były z pewnością wolniejsze niż te z tabliczek, czy map. Można przyjąć, że start przygody z KGP był również startem po lepszą kondycję- dam znać w artykułach kiedy sie zaczęła polepszać.

Zejście nie sprawiało trudności- nawet odwiedziłyśmy park dinozaurów niedaleko parkingu. Bilet kosztował wtedy 10zł, zatem i diznozaury wyglądały jak na 10zł.🙈

Tego samego dnia podczas jazdy na nocleg w agroturystyce pod Kowadłem, zdobyłyśmy jeszcze Orlicę (Jagodną sobie darowałyśmy, mimo że była w ambitnych planach). Orły, wręcz jastrzębie logistyki.🤣

Po około godzinie marszu dotarłyśmy do schroniska (tempo nadaje najsłabszy uczestnik wycieczki, czyli ja), z którego rozpościerała się malownicza panorama na dolinę. Z kondycją na minusie zazwyczaj czasy tabliczek mnożyłam razy dwa, aby nadać realizm przygotowywaniom logistycznym danej podróży.

Załapałyśmy się na sezon turystyczny, więc trasa zielonym szlakiem była płatna, tzw. Labirynt Skalny. Gdyby nie ta atrakcja turystyczna, chyba bym zwątpiła w zdobywanie Korony Gór Polski. Bilety warto kupować online na stroniie Parku Narodowego Gór Stołowych.

Klimatem Szczeliniec przypominał "Opowieści z Narnii: Książę Kaspian", pewnie dlatego że część scen kręcono właśnie nieopodal. Jest to miejsce, do którego wrócę i to pewnie z noclegiem na szczycie.

Na samym szczycie spędziłyśmy ponad 2 godziny, aby podziwiać widoki i mieć fun z samego labiryntu. Niestety podczas przeprowadzek oraz porządków na sprzętach i mailu- dużo zdjęć mi przepadło (tak, teraz mam ogrom kopii zapasowych), więc tym razem nie uraczę pięknymi zdjęciami.

Chłód skał podczas delikatnego skwaru dodawał orzeźwienie, zwłaszcza po zejściu do szczeliny (hmm... ciekawe skąd nazwa tego szczytu🤣), która momentami faktycznie była wąska, a kamienne schody bardzo śliskie od nieustannej wilgoci w powietrzu- utrzymuje się tutaj mikroklimat.

18 września 2025

KGP #2 Szczeliniec Wielki

Person stands atop rocky landscape at dusk.

Początek górskich wojaży okazał się małym logistycznym "faux pas", ze względu na wybór szczytów, które niekoniecznie leżały obok siebie.🙈 Pieczątką otwierającą książeczkę KGP była ta ze schroniska na Szczelińcu Wielkim.

Z perspektywy czasu uważam, że lepiej popełniać błędy, ale działać- niżeli paraliżować się obawą nieperfekcyjności. Wtedy wystarczył entuzjazm, pragnienie ucieczki od rzeczywistości oraz odkrywania nieznanego.🤓

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Szczeliniec Wielki ma 919 m n.p.m. to najwyższy szczyt Gór Stołowych 

Spakowane w skodeła dotarłyśmy na parking w Karłowie (ten główny obok dinozaurów). Z tego co pamiętam, to jest tam wiele parkingów, więc czasem po prostu trzeba kawałek dalej się przejść. Oczywiście zawsze polecam mieć gotówkę, która ratuje podczas awrii terminala lub kiedy takowego nie ma, aby opłacić parking.

Spacer kamiennymi schodami okazał się wtedy mordęgą, pełną dyszenia niczym stary opel ojca przed dolaniem oleju, był pot, obyło się bez krwi. Pamiętam tylko, że dosłownie "wstałam z kanapy" i ruszyłam na szlak z tkanką mięśniową poniżej 25% ( a tłuszczem ok. 40%)- waga z wbudowanym modelem bioimpedancji tak wskazywała.🥲

Zatem wędrówka wydawała się ciężka, ale uznałam to za początek chaotycznych zmian. 

Artykuły z tej kategorii

arrow left
arrow right

0,00


​​​​​​​

Strona www stworzona w kreatorze WebWave.

Podpowiedź:

Możesz usunąć tę informację włączając Plan Premium

Ta strona została stworzona za darmo w WebWave.
Ty też możesz stworzyć swoją darmową stronę www bez kodowania.